wroclaw.pl strona główna
  1. wroclaw.pl
  2. Kultura
  3. Aktualności
  4. Książki na jesień 2025. Co poczytać, gdy zrobi się zimno [LISTA, RECENZJE]

Powieści, wspomnienia, felietony, rozprawy. Mogliście przegapić te tomy w księgarni, a warto zwrócić na nie uwagę. Są tu książki wrocławskich wydawnictw Amaltea i Warstwy, ale też wielu innych polskich wydawców. Monumentalne i minimalistyczne. Zobaczcie, co polecamy i dlaczego. Recenzje.

Reklama

Rodzina jest najważniejsza

Zaskakująca powieść, która absolutnie zachwyci wszystkich kochających nieoczywiste gatunkowo książki, a przy tym pisane życiem historie. Takie jak ta z „Ilorazu szczęścia” Angie Kim (w świetnym przekładzie Rafała Lisowskiego, Wydawnictwo Filtry), Koreanki z Południa, która jako jedenastolatka zamieszkała z rodziną w Stanach, tu studiowała i tu pisze książki. 

Trafiamy jako czytelnicy w sam środek dość tajemniczej historii. Oto mieszana rodzina – ojciec Amerykanin, matka Koreanka i ich dzieci (bliźniaki Mia, John i młodszy Eugene z autyzmem, a ściślej zespołem Angelmana). Pewnego dnia w tajemniczych okolicznościach znika ojciec, a Eugene, którym się opiekował i z którym był na spacerze w parku, sprawia wrażenie nienaturalnie pobudzonego.

Po pierwszym szoku rodzina postanawia działać i dowiedzieć się, co stało się z ojcem, który na pełny etat zajmował się autystycznym synem. Policja może pomóc, ale i zaszkodzić, a właśnie trwa covidowe odosobnienie. 

Nie zdradzę, co oznacza tytuł (bo jest kluczem do pewnej teorii) i jak rozwijają się wydarzenia, bo w przypadku tej książki spojler byłby grzechem śmiertelnym, ale po prostu trzeba ją przeczytać. To nie tylko pean na cześć niełatwych, ale jedynych w swoim rodzaju więzów rodzinnych, ale i powieść (po części) detektywistyczna, psychologiczna, a nawet terapeutyczna. Na jesień koniecznie!!! 

<p>Angie Kim, &bdquo;Iloraz szczęścia&rdquo;, przekład Rafał Lisowski, Wydawnictwo Filtry</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Angie Kim, „Iloraz szczęścia”, przekład Rafał Lisowski, Wydawnictwo Filtry

Bukowina, Ukraina i młodość Woldemara

Niewielkie, ale bardzo prężne wrocławskie wydawnictwo Amaltea dwa lata temu opublikowało wręcz genialną powieść „Pod prąd” mołdawskiego autora Olega Serebriana (piszącego po rumuńsku). 

Śledziliśmy pasjonujące losy pochodzącego z Bukowiny (obecnie część Ukrainy, niegdyś Rumunii, a jeszcze wcześniej cesarstwa austro-węgierskiego) barona Aleksa von Randy, genialnego matematyka, którego talent postanowiła wykorzystać III Rzesza, a który miał niezwykłe życie i zupełnie wyjątkową przyjaźń.

W tej monumentalnej powieści po latach na wyspie Uznam, gdzie niegdyś pracował przy tajnym projekcie von Randa, zjawił się jego krewny Woldemar Skawronsky, który chciał odkryć, co spotkało barona. 

Teraz nakładem wydawnictwa Amaltea ukazał się tom „Woldemar” Serebriana (także w przekładzie Radosławy Janowskiej-Lascar). W napisanym wcześniej niż „Pod prąd” tomie poznajemy losy Woldemara, chłopca wychowanego w szczególnej rodzinie (babcia była niemiecką baronówną, dziadek popem) nieopodal Czerniowiec. 

Rodzina stanowi wyjątkowy miejscowy okaz – dziadkowie ze strony matki to ludzie wyjątkowi, niegdyś elita miasteczka, chętnie wracający do przeszłości. A Bukowina to kopalnia historii, bo ta kraina historyczna przechodziła z biegiem wieków z rąk do rąk, czego ślady widać wciąż w architekturze opisywanej przez bohatera, ale też w poplątanych losach familii.

Olega Serebriana (to mołdawski polityk i dyplomata, a przy okazji pisarz władający kilkoma językami) cechuje spostrzegawczość, umiejętność świetnego opowiadania zawikłanych rodzinnych losów na tle historii XX wieku, w wyniku której zmieniały się granice państw, pozostawiając ludzi z kwestią problematycznej przynależności.  

Znakomita powieść, którą koniecznie trzeba czytać w komplecie z książką „Pod prąd”.  

<p>Oleg Serebrian, &bdquo;Woldemar&rdquo;, przełożyła Radosława Janowska-Lascar, Wydawnictwo Amaltea</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Oleg Serebrian, „Woldemar”, przełożyła Radosława Janowska-Lascar, Wydawnictwo Amaltea

Autobiografia irlandzkiej pisarki (ale bez twórczości)

„Irlandzka dziewczyna” Edny O'Brien (w dobrym przekładzie Martyny Tomczak, Wydawnictwo Czarne) to bardzo przewrotna autobiografia. Decyduje się na nią pisarka, więc powinna być o jej książkach, ale akurat o twórczości O'Brien pisze w tym tomie najmniej. Może trochę o mękach twórczego niespełnienie, kilku niepochlebnych recenzjach, a i to przy okazji. 

Może dlatego, że życie wydaje się ciekawszym tematem. A zwłaszcza takie życie, które autorka rozpoczynała w irlandzkiej tradycyjnej rodzinie w Drewsboro, w której ojciec pił w jednym z pubów w miasteczku (a były tam właściwie tylko puby), matka prowadziła dom, a dzieci chowano w klasztornej dyscyplinie.

Edna O'Brien wyrwała się do innego świata wychodząc za mąż za starszego i doświadczonego literata, ale szybko go prześcignęła, rozpoczynając literacką karierę, więc związek zaczął się chwiać w posadach i wreszcie się rozpadł, ale na zgliszczach autorka musiała podjąć walkę o sprawowanie opieki nad dwoma synami. 

Pomiędzy O'Brien trafia na rewolucję lat 60. i Swinging Sixties, więc życie towarzyskie kwitło. Od kilkukrotnych przeprowadzek w Londynie, podejmowania osób z pierwszych stron gazet (Sean Connery ratował ją z gardłowej sytuacji), przelotnych romansów (ten niesamowity wieczór z Robertem Mitchumem), po doświadczanie tych wielkich (Samuel Beckett obezwładniał szczerością, Sylvia Plath zaskakiwała).

W późniejszych latach O'Brien przyjaźniła się z Jackie Onassis (którą zauroczyła wybierając dla niej zresztą „Autoportret z wędzidłem” Zbigniewa Herberta do tego stopnia, że była prezydentowa napisała na cześć tej książki trzystronicowy list do Irlandki).

<p>Edna O'Brien, &bdquo;Irlandzka dziewczyna&rdquo;, przekład Martyna Tomczak, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Edna O'Brien, „Irlandzka dziewczyna”, przekład Martyna Tomczak, Wydawnictwo Czarne

Ale to nie socjeta jest solą tej autobiografii, ale Irlandia, poza którą autorka przemieszkała  połowę życia.

Paradoksalnie o Irlandii pisze O'Brien najciekawiej, z największym zaangażowaniem – o dzieciństwie, rodzicach, wsi, zwyczajach, o czasach Troubles, o Irlandii Północnej. W tych miejscach płonie prawdziwy literacki ogień, szkicowani są prawdziwie fascynujący ludzie. Dla tych momentów warto po O'Brien sięgać. 

Porządna irlandzka dziewczyna w Nowym Jorku

Książki irlandzkiego, wielokrotnie nagradzanego pisarza Colma Tóibína od lat wzbudzają zachwyt. Mamy szansę śledzić rozwój jego kariery.

W Polsce ukazały się najważniejsze jego książki, m.in. „Mistrz” będący literackim hołdem dla Henry'ego Jamesa, „Czarodziej” poświęcony Thomasowi Mannowi (obecnie Paweł Pawlikowski kręci film na podstawie jednego z książkowych wątków), a także dwie rewelacyjne powieści, których bohaterką jest Irlandka w Nowym Jorku – Eilis Lacey, wydane przez Rebis

„Brooklyn” (w pięknym przekładzie Jerzego Kozłowskiego) to pierwsze spotkanie z młodą, ambitną kobietą po kursie księgowości. Ze zubożałego i nieco zaściankowego irlandzkiego miasteczka, gdzie nie czeka jej świetlana przyszłość, płynie do Ameryki po lepsze życie. 

Konfrontacja z Nowym Jorkiem, mieszkanie na Brooklynie i praca jest szokiem, a tęsknota za rodziną daje się we znaki, ale Eilis jest wytrwała, nie chce nikogo zawieść i wreszcie zaczyna się asymilować.

Książka spodobała się i krytykom i czytelnikom, bo Tóibín fenomenalnie nakreślił swoją bohaterkę i pokazał jej metamorfozę – nie tylko jako przybysza z innego kraju, także mentalne przebudzenie. Zainteresowanym polecam też ekranizację tej powieści ze zjawiskową Saoirse Ronan w roli Eilis. 

Po 15 latach irlandzki pisarz wrócił do swojej bohaterki w wydanej w ubiegłym roku (a w Polsce w 2025) powieści „Long Island” (szczęśliwie, ponownie w przekładzie Jerzego Kozłowskiego). Tu Eilis (już mężatka) jest o dwadzieścia lat starsza, mieszka z rodziną na Long Island, kiedy dziwna wizyta jednego z mężczyzn z sąsiedztwa wywraca do góry nogami rzeczywistość, którą, wydaje się, znała. 

Siłą powieści Tóibína o Eilis wciąż jest zarówno sama postać głównej bohaterki, jak i życie w wielokulturowym społeczeństwie, którego kody trzeba umieć czytać, zrozumieć i w nich funkcjonować. To także historia o kobiecie, która na swój sposób staje się wyemancypowana, choć nie jest klasyczną feministką. Rewelacyjny tom, ale trzeba znać obydwa.  

<p class="MsoNormal">Colm T&oacute;ib&iacute;n, &bdquo;Brooklyn&rdquo;, &bdquo;Long Island&rdquo;, przekład Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Rebis</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Colm Tóibín, „Brooklyn”, „Long Island”, przekład Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Rebis

Kiedy kogoś uratujesz...

Ta opowieść zaczyna się na lotnisku, gdzie jeden dawny znajomy, dziś uznany człowiek sukcesu, opowiada drugiemu dawnemu znajomemu zadziwiającą historię. To idealny moment, aby zabić czas pozostały do odlotu, ale żar i przejęcie, z jakim przytaczana jest zajmująca historia i z jakim główny bohater wraca do wspomnieć zastanawiają.

I każą przypuszczać, że opowieść służy nie tylko zadziwieniu słuchacza. To rodzaj rozliczenia za przeszłość.

Bo lata wcześniej Jeff, dziś człowiek sukcesu, a niegdyś zwyczajny absolwent uczelni, który nie miał większych życiowych ambicji, przypadkiem znalazł się na plaży, gdzie zobaczył tonącego człowieka. Mógł się odwrócić i może nawet szukał wymówki, ale się nie udało. Ruszył na pomoc i wyciągnął z wody Francisa Arsenaulta. 

A Chińczycy twierdzą, że kiedy uratujesz komuś życie jesteś już za nie odpowiedzialny. Dlatego akt odwagi młodego mężczyzny zamienia się w ciekawość, kim jest jego ocalony. I dość nieoczekiwanie Jeff zaczyna wkraczać w życie Francisa.      

Tak zaczyna się znakomita, trzymająca w napięciu od samego początku do końca powieść Wilsona „Usta-usta” Antoine'a Wilsona w znakomitym przekładzie Łukasza Witczaka (Wydawnictwo Czarne). O tym, że czasem to nie wielka ambicja zdobycia sukcesu bywa najbardziej niebezpieczna, ale raczej jej brak. 

Jedna z ulubionych książek ostatnich miesięcy.

<p>Antoine Wilson, &bdquo;Usta-usta&rdquo;, przełożył Łukasz Witczak, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Antoine Wilson, „Usta-usta”, przełożył Łukasz Witczak, Wydawnictwo Czarne

Baillon – szalony, wspaniały, mało znany Belg

Okładka tego zbioru oszałamia (brawa dla Kamila Rekosza!) i zachęca, by sięgnąć po zwariowaną, momentami przegadaną, ale zawsze intrygującą prozę kompletnie w Polsce nieznanego (poza kręgiem miłośników) Belga André Baillona (1875-1932).

Ukazała się, pod tytułem „Szczypawka z ogrodu Luksemburskiego i inne prozy” (w rewelacyjnym przekładzie i z posłowiem Mateusza Kwaterko cudownie stylizowanym na język oryginału), nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego

<p class="MsoNormal">Andr&eacute; Baillon, &bdquo;Szczypawka z ogrodu Luksemburskiego i inne prozy&rdquo; (w przekładzie i z posłowiem Mateusza Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy.&nbsp;</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
André Baillon, „Szczypawka z ogrodu Luksemburskiego i inne prozy” (w przekładzie i z posłowiem Mateusza Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy. 

Co ciekawe, w Polsce z tekstem powieści „Historia pewnej Marii” czytelnicy mogli się zapoznać już w 1928 roku, kiedy ukazał się jej przekład, co świadczyło, że autor musiał zwrócić uwagę wydawców także zagranicznych. 

Szczęśliwie miłość do prozy Baillona można zaszczepić, o czym świadczy przykład tłumacza Mateusza Kwaterki (jego zainteresował twórczością Belga ojciec), a teraz każdego, kto sięgnie po całkiem pokaźny tom. Znajdzie w nim zaledwie sześć utworów, czyli crème de la crème Baillona.

Bohaterowie są rozmaici, ale łączy ich pewnego rodzaju niecierpliwość, gorączka, szaleństwo. Maria z „Historii pewnej Marii” to trochę naiwna, ale temperamentna kobieta, która orientując się, że jest w ciąży zmienia życie. Nie boi się żadnego wyzwania, nawet pracując w najstarszym zawodzie świata, a w jej biografii pojawia się wreszcie mężczyzna rokujący. 

Z kolei w „Szczypawce z ogrodu Luksemburskiego” główny bohater Marcel, podobnie jak w większości utworów Baillona, wydaje się być alter ego autora. A w powieści jest dwudziestoparoletnim pacjentem szpitala psychiatrycznego, który pisze, bo to pomaga w terapii i „zanudza” czytelników, ale od tego przynudzania nie sposób się oderwać.

Podobnie jak od całej prozy Baillona z tego tomu. Raptownej, zaskakującej stylistycznie, z bohaterami, za którymi dziwnym trafem cały czas chcemy biec.   

Buzzati – oniryczny mistrz

Sensacyjna historia nie jest w tej książce dominantą (główny bohater, włoski porucznik Giovanni Drogo zmierza do twierdzy Bastiani, w której ma doglądać bezpieczeństwa i stać na straży granic państwa).

Olbrzymią wartość w powieści włoskiego pisarza Dina Buzzatiego „Pustynia Tatarów” (w przekładzie Alojzego Pałłasza, wydawnictwo officyna) stanowi klimat, oniryczna atmosfera, w której mamy wrażenie uczestniczenia w deja vu, w jakie zamienia się rzeczywistość, każdy dzień przeżywany przez Giovanniego Drogo.

Najpierw pokonuje trasę do twierdzy, która wydaje się nie mieć końca, zaś cel zdaje się niepewny. Kiedy wreszcie twierdza zostaje osiągnięta, ale spodziewany wróg nie nadchodzi, dnie dłużą się na oczekiwaniu i nadziei na zmianę sytuacji.

Książka Buzzatiego, wydana w czasie wojny, paradoksalnie nie jest opowieścią o realnym zagrożeniu, konflikcie, czy wrogu. Napisana przez autora, który przez całe życie był też dziennikarzem „Corriere della sera”, została zainspirowana pracą jego redakcyjnych kolegów ślęczących całymi dniami przy podobnych tematach i zajęciach. Bez szansy na wielki sukces, z pogrzebanymi nadziejami. 

Warto czytać „Pustynię Tatarów” właśnie w ten sposób, jako opowieść o pewnego rodzaju oczekiwaniu i niespełnieniu. Jako wielki sen.    

<p>Dino Buzzati, &bdquo;Pustynia Tatar&oacute;w&rdquo;, przekład Alojzy Pałłasz, Wydawnictwo officyna</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Dino Buzzati, „Pustynia Tatarów”, przekład Alojzy Pałłasz, Wydawnictwo officyna

Annie Ernaux podgląda (zwykłą) rzeczywistość

Ta książka-impresja może być zaskoczeniem dla tych, którzy przeczytali zwarte historie zawarte w poprzednio wydanych przez Czarne tomach francuskiej noblistki – „Biskich” czy „Ciałach”, ale też „Latach”. 

„Życie wewnętrzne” (w przekładzie Anastazji Dwulit) to opowieść utkana z wielu miniaturowych scen. Każde jest spostrzeżeniem, jakie Annie Ernaux czyni podglądając toczące się obok życie i ludzi.

Czasem te impresje mogą być pomysłem, który wykiełkuje w nową historię, a może książkę. Częściej jednak to chyba żywa potrzeba słuchania i patrzenia, analizowania. A przy okazji próba uchwycenia w tej barwnej mozaice zachowań, dźwięków czy humoru sytuacyjnego jakiegoś leitmotivu, wzoru.

Sama Ernaux zastanawia się, czy te obserwacje są potrzebne, by pisać o ludziach, nadać im znaczenie, a może po prostu, by się w przejrzeć w napotkanych na ulicy obcych. 

Spostrzegawczość, wyczulenie na słowa, na kontekst, na szczególny humor sprawia, że zanurzamy się w te krótkie , szybko łapiemy się na tym, że potakujemy Ernaux, bo my przecież też spotykamy takich ludzi, którzy się czymś cieszą, muszą się publicznie dowartościować, rozbawiają klientów w sklepie, albo przechodniów na ulicy, szokują w telewizji. 

Mam wrażenie, że ta książka to przede wszystkim ćwiczenia z refleksji (i pewnie też refleksu), sztuka niezbędna każdemu pisarzowi. W „Życiu wewnętrznym” podglądamy mistrzowski warsztat Annie Ernaux. 

<p>Annie Ernaux, &bdquo;Życie zewnętrzne&rdquo;, przełożyła Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Annie Ernaux, „Życie zewnętrzne”, przełożyła Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne

Stefan Zweig i odchodząca Europa

Po dłuższej przerwie austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia Stefan Zweig (1881-1942), który w czasie wojny, na przymusowej emigracji w Brazylii popełnił samobójstwo, zaczyna znowu fascynować badaczy i artystów.

Filmowcy ekranizują jego książki (Patrice Leconte zrealizował film „Obietnica” na podstawie opowiadania Zweiga, Bille August nakręcił „Pocałunek” na podstawie powieści „Niecierpliwość serca”). Wydawnictwa wznawiają jego powieści i opowiadania – nakładem officyny wyszło niedawno wznowienie „Dziewczyny z poczty”, które wciąż doskonale się czyta, regularnie wznawia się cykl opowiadań „24 godziny z życia kobiety”.

Książki i zapiski Zweiga ze wspomnień „Świat wczorajszy” wciąż się przywołuje, są nadal atrakcyjne fabularnie i aktualne. 

Dziesięć lat temu amerykański eseista Georg Prochnik poświęcił mu szalenie interesującą rozprawę „Niemożliwe wygnanie. Koniec świata i Stefan Zweig”, która ukazała się teraz w Polsce nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria (w przekładzie Jarosława Mikosa)

To tom obowiązkowy dla entuzjastów twórczości Zweiga, w którym Prochnik (sam pochodzenia żydowskiego) zgrabnie łączy i wplata losy swojej rodziny, która miała podobne do Zweiga uchodźcze doświadczenia wojenne (członkowie zdążyli wyjechać w ostatnim niemal momencie z Europy). 

Wygnanie ze świata, który Zweig kochał i porządku, do którego przywykł był cezurą. Prochnik pisze wprawdzie o Zweigu uchodźcy, ale książka stanowi też rodzaj ciekawej, tematycznej raczej niż chronologicznej biografii austriackiego pisarza. I znakomite, wnikliwe studium jego charakteru, pasji, psychoz, dramatycznej decyzji o zakończeniu życia.

Ilustrowany unikatowymi zdjęciami Zweiga tom może stać się świetnym uzupełnieniem lektury jego utworów.   

<p>Georg Prochnik, &bdquo;Niemożliwe wygnanie. Koniec świata i Stefan Zweig&rdquo;, przekład Jarosław Mikos, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Georg Prochnik, „Niemożliwe wygnanie. Koniec świata i Stefan Zweig”, przekład Jarosław Mikos, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria

Wojna tuż obok

Dwie książki o wojnie, których akcja nie rozgrywa się na froncie, ale gdzieś obok, bo śledząc sprawy z pewnej odległości można często dostrzec i opowiedzieć więcej.  

Gruzińska pisarka Tamta Melaszwili to jedno z najbardziej sensacyjnych odkryć literackich ostatnich miesięcy. Najpierw Wydawnictwo Filtry opublikowało jej nagradzaną książkę „Kos kos jeżyna” (która doczekała się też fenomenalnej ekranizacji, do obejrzenia na platformie Max), teraz przeczytamy jej prozatorski debiut „Wyliczankę” z 2010 roku w znakomitym przekładzie Magdaleny Nowakowskiej.

Akcja to kilka tygodni w trakcie których śledzimy losy dwóch wchodzących w dorosłość dziewczyn na gruzińskiej prowincji, tuż przy granicy z linią frontu i wojskami agresora. Która to wojna? Jakie wojska stacjonują przy granic? To właściwie nie ma znaczenia.

Co jest natomiast widoczne od pierwszych rozdziałów tej niewielkiej rozmiarami (niecałe 100 stron) książki to narastające poczucie izolacji, rozpaczy, próba zaadoptowania się do wojennej rzeczywistości.

Cywil czeka na wieści o tym, czy bliscy wrócą, musi radzić sobie z tym, że produkty są reglamentowane, ludzie obojętnieją, a śmierć powszednieje.

Albo próbuje czerpać trochę radości z tego dziwnego czasu, bo jest po prostu młody, jak dwie przyjaciółki Ninco i Dzidzia. Niesamowita opowieść Melaszwili, mocna, a jednocześnie pełna życia i zwycięstwa przyjaźni nad mrocznymi czasami. 

<p>Tamta Melaszwili, &bdquo;Wyliczanka&rdquo;, przekład Magdalena Nowakowska, Serhij Żadan, &bdquo;Arabeski&rdquo;, przekład Michał Petryk, Wydawnictwo Czarne</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Tamta Melaszwili, „Wyliczanka”, przekład Magdalena Nowakowska, Serhij Żadan, „Arabeski”, przekład Michał Petryk, Wydawnictwo Czarne

Ukraiński poeta i prozaik Serhij Żadan w ubiegłym roku wstąpił w szeregi 13. Brygady Gwardii Narodowej Ukrainy Chartija i walczy na froncie. W trakcie służby, ale i wcześniej angażował się w pomoc ukraińskiej armii, organizował zbiórki pieniędzy.

Jego zbiór opowiadań „Arabeski” w przekładzie Michała Petryka ukazał się właśnie nakładem Wydawnictwa Czarne. Krótkie formy, kilkustronicowe utwory, powstawały zapewne w różnych warunkach wojennej rzeczywistości, choć żaden nie prowadzi bezpośrednio na front.

Niektóre są mocno dopracowane, inne wydają się zarysowane, wszystkie traktują o rzeczywistości życia w kraju, w którym ludzie zostali zmuszeni, by żyć inaczej.

Prozatorskie szkice Żadana, bo tak można o nich myśleć, nie mają siły rażenia jego poetyckich tekstów, ale w nich autor daje nam wgląd w świat, który stanął na głowie, w krajobrazy opustoszałych miast, w niepewność jutra, w stany lękowe, w zwykłe uroczystości, które stają się niemal surrealistyczne w tej scenerii.

Oszczędne miniatury i ich bohaterowie, zwykli ludzie wrzuceni w niezwykłe czasy, bardzo poruszają. Mnie zwłaszcza historia nielubianego belfra z jednej ze szkół, Pawło Iwanycza, który nie mógł prowadzić lekcji online, bo nie miał komputera i Internetu, ale zaczął pilnować opuszczonej przez uczniów szkoły i stało się to jego misją i obsesją jedocześnie. 

Córka przemawia w imieniu matki

Sprawą Gisèle Pelicot żyła ostatnio cała Francja i spora część świata obserwującego w  ubiegłym roku bezprecedensowy proces. Na ławie oskarżonych zasiadło w nim 50 mężczyzn oskarżonych o wykorzystywanie kobiety, którą jej własny mąż Dominique Pelicot usypiał, często sam wykorzystywał, albo oddawał poznanym często przypadkowo mężczyznom.

Gisèle Pelicot mogła odmówić pokazania twarzy w sądzie, ale zdecydowała, że będzie obecna podczas rozpraw.

Proces był jednym z najczęściej komentowanych, także w zagranicznych mediach, a jego wynik – dożywocie dla męża i wysokie wyroki skazujące i upublicznienie wizerunków ukaranych więzieniem – odbił się szerokim echem w sądowniczym środowisku, ale również w organizacjach feministycznych na świecie. 

Sama Gisèle Pelicot otrzymała w tym roku Legię Honorową, która jest najwyższym obecnie odznaczeniem państwowym we Francji. 

Historia francuskiej kobiety z prowincji, która tak wiele wycierpiała (przez lata była przekonana, że poważnie choruje, bo na skutek sukcesywnego podawania jej przez męża Dominique'a Pelicot środków nasennych traciła kontrolę nad ciałem) zainteresowała, rzecz jasna, również wydawców. 

I tu do akcji postanowiła wkroczyć Caroline Darian, córka Gisèle Pelicot, która napisała bardzo powściągliwą, szczerą, pełną bólu książkę „I już nigdy nie nazwę cię tatą” (przełożył Oskar Hedemann) opublikowaną nakładem Wydawnictwa W.A.B. 

<p>Caroline Darian, &bdquo;I już nigdy nie nazwę cie tatą&rdquo;, przekład Oskar Hedemann, Wydawnictwo W.A.B.</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Caroline Darian, „I już nigdy nie nazwę cie tatą”, przekład Oskar Hedemann, Wydawnictwo W.A.B.

To dziennik prowadzony od momentu, gdy aresztowany zostaje jej ojciec, w zupełnie zresztą innej sprawie, gdy filmował w przymierzalniach obce kobiety. W skonfiskowanym komputerze znaleziono jednak przede wszystkim zupełnie inne filmy nagrane, gdy odurzona lekami żona spała w ich domu. 

To książka o tym, jak tak mocna sprawa zmienia życie rodzinne wielu osób, jak traumatyzuje jej członków, ale też jak wiele odwagi trzeba, by zmierzyć się z przytłaczającym ciężarem faktów.

Caroline była w sądzie przez cały czas, wspierając matkę, przeszła załamanie nerwowe, musiała odbudować się na nowo, bo chciała pomóc, a dziś działa m.in. na rzecz przeciwdziałania przemocy farmakochemicznej. 

Jej dziennik, prowadzony skrupulatnie, nie jest pełen sensacyjnych detali, choć Darian podaje też fakty, ale ta książka ma poruszyć w inny sposób. Bo to po prostu dziennik rozpaczy i niedowierzania, że ukochana osoba okazała się potworem.    

Francuska (nie)poprawność

Wydawnictwo Nowe opublikowało (w serii Collection Nouvelle z reflektorem skierowanym na ciekawą literaturę francuskojęzyczną) książkę „Porządni ludzie” Kingi Wyrzykowskiej. Co ciekawe, powieść była tłumaczona (przez Dorotę Malinę), choć autorka jest Polką, niemniej od lat pisze w języku francuskim (do Francji wyjechała z rodziną w latach 80.).

Tę książkę, nagrodzoną Le prix Françoise Sagan, pokochają fani filmów Claude'a Chabrole'a, wnikliwego obserwatora francuskiej prowincji z zaludniającym ją drobnomieszczaństwem i jego kulturą, estetyką, moralnością. Reżyser uwielbiał zrywać zasłonę dobrych obyczajów, kończyć grę pozorów, obnażać swoich bohaterów w krytycznych momentach. 

<p>Kinga Wyrzykowska, &bdquo;Porządni ludzie&rdquo;, przekład Dorota Malina, Wydawnictwo Nowe</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Kinga Wyrzykowska, „Porządni ludzie”, przekład Dorota Malina, Wydawnictwo Nowe

Także i bohaterowie „Porządnych ludzi” Kingi Wyrzykowskiej, dość bogata rodzina Simart-Duteil rezydująca w Normandii, zostaje przyparta do muru w nieoczekiwanych okolicznościach. Jak z „Festen”, filmu duńskiej Dogmy. Ogłasza się przy wszystkich prawdę, której niektórzy uparcie zaprzeczają.

Wyznanie i odsłonięcie karty z przeszłości jednego z członków rodziny ma daleko idące konsekwencje, zwłaszcza kiedy rzecz może dotyczyć pieniędzy. Rodzina postanawia zewrzeć szeregi i efekty przerastają najśmielsze oczekiwania. 

Dalej nie spojleruję, bo Kinga Wyrzykowska subtelnie zanurza nas w świat drobnej burżuazji i w pewnym momencie nie możemy się już od niego oderwać. Minus za okładkę, dziś trzeba się chyba bardziej postarać.  

Hubert Klimko-Dobrzaniecki dobry na wszystko

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, autor, którego czyta się jednym tchem i zawsze jest ochota na więcej. Są książki genialnie, jak „Złodzieje bzu”, świetnie portretujące Islandię, w której mieszkał (jak „Zostawić Islandię”). Ale autor, który poza Polską mieszka już ponad 30 lat, pisuje też fenomenalne felietony do wrocławskiego miesięcznika „Odra”. 

Nareszcie zebrano je w tom pod znaczącym tytułem „Tu i tam” (Oficyna Noir sur Blanc), bo to teksty dotyczące jego doświadczeń polskich i z życia w kilku innych krajach (m.in. ukochanej Islandii, ale też Austrii, czy Anglii). Są też po prostu felietony o sprawach nie państwowych, ale ważkich, jak miłość, starzenie się, czy podróże koleją. 

Dochodzę do wniosku, po lekturze tego tomu, że Klimko-Dobrzaniecki jest jak lek na całe zło upiornych i wtórnych felietonistów, jakich teksty czytamy na łamach wielu polskich pism. Jego dystans do siebie, poczucie humoru, dyskretna ironia (ale nie mordująca czytelnika), spostrzegawczość, umiejętność wypatrywania zjawisk, o których nie śniliśmy albo w ten sposób na nie nie spoglądaliśmy. 

Jestem od tych niewielkich form uzależniona. Ale tylko tego autora. Dlatego tom polecam. Nie trzeba czytać po kolei, można na wyrywki. Trochę zepsuje się koncepcję scenariusza „tu” i „tam”, ale co tam. Czasem warto.      

<p>Hubert Klimko-Dobrzaniecki, &bdquo;Tu i tam&rdquo;, Oficyna Noir sur Blanc</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Tu i tam”, Oficyna Noir sur Blanc

Polska śni swój sen o wielkości

Zwłaszcza jeśli w jego zrealizowaniu pomóc może dom w bliżej nieokreślonym stylu, a takich powstało w naszym kraju wiele. Przedziwnej architekturze, ale i polskim tęsknotom, i ambicjom i pogmatwanej historii po transformacji ustrojowej przygląda się ośmioro autorów w tomie „halucynacje...chyba śnię” Wydawnictwa Warstwy (pod redakcją Agaty Pankiewicz i Marcina Przybyłki

<p class="MsoNormal">&bdquo;halucynacje...chyba śnię&rdquo;, pod redakcją Agaty Pankiewicz i Marcina Przybyłki, Wydawnictwo Warstwy&nbsp;</p> fot. Oleksandr Poliakovsky
„halucynacje...chyba śnię”, pod redakcją Agaty Pankiewicz i Marcina Przybyłki, Wydawnictwo Warstwy 

To książka dla tych, którym włosy stają dęba, kiedy przejeżdżając obok różnych polskich miast i miasteczek napotykają zdumiewające wytwory architektoniczne („bieda-weduty peryferii”, jak pisze o nich Paweł Drabarczyk), którymi mieszkańcy realizowali niegdyś ambicje, nieudolnie kopiując wiele styli, zupełnie nam obcych.

To też idealny tom dla tych, którym coś w polskich miastach zgrzyta i to nie tylko brzydota, ale też dziwna historia.  

Ziemowit Szczerek pisze np. o ciekawym mieście Golubiu-Dobrzyniu, zlepionym z dwóch zupełnie nieprzystających elementów (niegdyś Golub był miastem w pruskim, a Dobrzyń w rosyjskim zaborze), które do dziś sprawiają wrażenie ciał obcych.  

Całość ilustrowana znakomicie adekwatnymi do tematu zdjęciami, które zapadają w pamięć. 

Bądź na bieżąco z Wrocławiem!

Kliknij „obserwuj”, aby wiedzieć, co dzieje się we Wrocławiu. Najciekawsze wiadomości z www.wroclaw.pl znajdziesz w Google News!

Reklama